werita blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2003

* * *

2 komentarzy

Dowiedzialam sie dzisiaj, ze powinnam zrobic cos z dykcja. A konkretnie: dykcja „flamandzka”, bo po polsku AR-TY-KU-LU-JE poprawnie, choc szybko (prawda?).
Ze ja niby niewyraznie mowie, tak?

A paszla w kanarki!

Moje usta, jezyk, struny i reszta ustrojstwa glosowego bronia sie jak moga przed mowieniem po flamandzku – to fak(t).

Ale zeby mnie zaraz do specjalisty odsylac?

Tak sie zdenerwowalam, (panie sedzio), ze mi ta pizza, co to szefowa sie szarpnela i postawila, zaczela sie psuc w zoladku i zrobilo mi sie bardzo NIEDOBRZE.
(No bo chyba nie od tego wiadra wina wypitego wczoraj, nie?)
Mam maly dylemacik w zwiazku z tym: isc czy nie isc .

A raczej tu u mnie, na wsi, za biurkiem.
Brak pracy w pracy – ferjsztejen? – znaczy sie ze nie jest dobrze.

Wczoraj w godny sposob pozegnalismy Brata, z Chlopem, Szefunciem i reszta bandy, dlatego dzis Weritowy Stan Glowy – zerowy.

(Ja sie w ogole nie dziwie ze Chlop sie ze mna ozenil… jestem wzorem zony, jestem wzorem zony, jestem wzorem…)

Wczoraj na obiad byly frytki i niezidentyfikowane obiekty miesne. Moj – okragly, troche mielony, a troche pasztetowy. Jammi, co?

Ide po kawe.

???

5 komentarzy

Jakby to napisac…

Wulgarnosc niektorych blogowych kobiet wzbudza we mnie obrzydzenie.

I tyle.

Ehhh…

1 komentarz

Alez ja sie potrafie samobiczowac… Mistrzostwo swiata.
Po (w sumie) udanym wieczorze, w ciagu ktorego zdazylam duzo przezyc, fizycznie i psychicznie, kiepsko spie i niechetnie sie budze. Bleee… Nie lubie tak.

Bratu mi jutro wyjezdza, mowilam juz? I to jest naprawde powod do smutku.

… hej Jelonki ugi bugi

Nie zna zycia kto nie mieszkal na Jelonkach. Bo ja – na ten przyklad – mieszkalam, cale dwa lata, w zaszczurzonym domku i w doskonalym towarzystwie.

Na korytarzu sypial raz po raz Witek-menel, ktorego policja systematycznie wywozila, a on wracal, jak zle wspomnienie.

W niedziele siadalismy wieczorem na podlodze, na korytarzu, czekajac na wracajacych z domu. Potem ktos od niechcenia rzucal na srodek podlogi banknot, reszta dorzucala sie bez slowa, ktos wygrywal „wycieczke do nocnego” i zaczynala sie zabawa…

A teraz jezdzimy czasami (ja – bardzo czasami) ze znajomymi na stare smieci, pokazac dzieciom (ja – cudzym dzieciom) gdzie mamusia zwabila tatusia tekstem „pij, musimy pogadac”…

Ehhh… rozmarzylam sie.

Wczoraj zostalam (bez ostrzezenia) uwieziona na 3 godziny w pociagu. Wieczorem. W szczerym polu. Nie sama – na szczescie, ale i nie w towarzystwie Nicholasa Cage – niestety…

A wszystko przez gradobicie z piorunami, ktore narobilo balaganu na trasie, ktora codziennie pokonuje w 10 minut. Enyuej…

Usmialam sie wraz z towarzyszami niedoli, musze przyznac.

Osobiscie nie uwazam tych trzech godzin za stracone, bo po raz kolejny przekonalam sie jak kazda – bez wzgledu na wielkosc – grupa ludzi, postawiona w konkretnej (wspolnej dla wszystkich) sytuacji, natychmiast organizuje sie i dzieli miedzy soba zadania.
Byl wsrod nas Swir, Starsza Elegantka, Plotkara (ktora natychmiast omowila wszystkie katastrofy kolejowe ostatniego miesiaca), Zainteresowany (biegajacy non stop do konduktora aby sie czegos dowiedziec), Znudzona, Informatyk, Zartownis… itp. itd.

Przypomnialo mi sie opowiadanie A. Tabucchi o gigantycznym korku samochodowym (- Tytul notki).

?

3 komentarzy

Czuje sie jakbys mnie wodzil za czubek nosa.
Coraz rzadziej ufam ludziom, tobie tez w zwiazku z tym.
Wszedzie doszukuje sie kretactwa i zlych intencji.
Szkoda, bo w ten sposob potrafie zepsuc sobie humor, wymyslajac niestworzone historie. Nie wiem skad sie to u mnie wzielo.
Chce wierzyc ze ludzie z natury sa dobrzy.

* * *

Brak komentarzy

Siedzimy przy stole, dziesiec minut temu zjedlismy kolacje, teraz dopijamy wino. Bzdurny program w telewizji, oczy nam sie szkla, nasmiewamy sie (nieslusznie) z pewnego mlodego czlowieka, jest nam dziwnie beztrosko i wesolo.

Patrze Chlopu w oczy i pytam, czy chce.

Wydaje mi sie, ze troche nie w pore, ze przeciez dopiero co skonczylismy kolacje, ale czuje, ze Chlop mi nie odmowi.
Patrze mu prosto w oczy i widze w nich przyzwalajace „tak…”

Ide do kuchni i wyciagam z szafki gigantyczna paczke chipsow paprykowych.

Parapetowka?

4 komentarzy

A czy ktos kiedys zastanowil sie, do czego tak naprawde sluzy „parapet„?

Parapet – po portugalsku „parapeito”.
Para – dla
Peito – biust.

Zeby bylo o co oprzec, jak czlowiek lubi sobie przez okno powygladac.

Wiedzac ze na nastepny pociag bede musiala czekac 40 minut, postanowilam sprezyc sie w sobie i sprintem pokonac dystans dzielacy mnie od stacji.

I pewnie bym sie rozpedzila, gdyby nie kozaki – szpicaki, zupelnie nie nadajace sie do uprawiania sportow.

Truchtam ci ja, jak moge, a tu jedna z kostek srodstopia (stopy lewej – dodam) nagle odmowila wspolpracy. Przemiescila sie sprytnie, utrudniajac – ba! – uniemozliwiajac mi manewrowanie wyzej wymieniona stopa.

Z minuty na minute robilo sie coraz gorzej.

Do odjazu pociagu zostalo ok 45 sekund.

Wkustykalam na stacje pytajac konduktora, czy pociag, od ktorego dzielilo mnie 35 metrow jechal do Leuven. – Owszem, jechal.

Ostatnie 20 metrow pokonalam stylem rozpaczliwym, skaczac na jednej nodze i zaplatujac sie we wlasny plaszcz.
Wpadlam – doslownie! - do pociagu, bo potknelam sie (przez zakichany szpic od szpicaka) na schodach…

I nagle w kolo zrobilo sie cicho.

No dobra, nie zrobilo sie. Wrecz przeciwnie, bo runelam wraz z torebka i szeleszczaca siatka pelna roznych fajnych rzeczy.

Przerazony konduktor (*stary i brzydki – co ma znaczenie dla dalszego rozwoju wypadkow) zapytal, czy wszystko ok.

Pozbieralam sie i poszlam ALIGANCKO usiasc.
Obok matki z dzieckiem, panie sedzio.

Konduktor podszedl ponownie, zapytac czy aby na pewno wzystko ok, bo moze ja nie moge chodzic i trzeba mi pomoc. „Wszystko ok, dziekuje” odpowiedzialam (—>(*)

A teraz siedze w domu i nic mi sie nie chce.
Weekend sie zaczal.


  • RSS