werita blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2005

Ostatki

5 komentarzy

Boze. Obudzilam sie dzis o 10.30 a przeciez jest piatek – dzien pracujacy, jego mac. Dobrze ze martwica w biurze, wakacje i szefowa w rozjazdach, to moge „pracowac” z domu. To pracuje, nie?

Jednak naprawde juz nie moge hulac w tygodniu. Starosc nie radosc.

Och well.

O dziwo tym razem niczego mi nie ukradli, towarzystwo bylo bardzo mile, muzyka odpowiednia i tylko szkoda ze potem wszyscy zaczeli sie lac, przyjechala policja, posypalo sie szklo i trzeba bylo zbierac sie do domu. A przeciez byla DOPIERO czwarta. (Moze powinnam sie umowic z miejscowymi ‚psami’ zeby po mnie przyjezdzali kiedy wychodze w miasto w weekendy, zakuwali i na sile odwozili do domu o przyzwoitej porze).

Moje ciacho o gladkich policzkach wyglada bardziej apetycznie niz zwykle, co tu duzo mowic. Wlewamy w siebie straszne ilosci whisky, no w koncu ja wyjezdzam i on wyjezdza i kto wie czy wroci. Jestem ponura fetyszystka i powoli pozbawiam go koralikow i reszty blyskotek. (Ostatecznie zachowuje sobie jedna na pamiatke, do nastepnego razu, reszta wraca do wlasciciela).
Mlodziezy, dodajesz mi skrzydel!

Jak tak dalej pojedzie to do 17.00 oszaleje z nudow, a wolalabym nie, bo dzis ide hulac. Naprawde w biurze panuje niebianski spokoj, cos strasznego. Ziewam jak hipopotam caly czas zapominajac ze za szyba siedzi od niedawna jeden kolega sympatyczny. To sie biedak naoglada moich migdalkow.
W dziale technicznym pracuje tu taki jeden blond pin-up boy, co to wszystkie sie slinia na jego widok. Podobno wygral juz pare konkursow pieknosci i prosze – co mu z tego przyszlo, teraz zarowki wkreca.
Poza tym zupelnie nie rozumiem dlaczego w prezencie od znajomych najczesciej dostajemy z Chlopem wysokoprocentowy alkohol (ze wzruszenia pociagam sinym nosem) i kiedy mamy to wszystko w domu wypic, skoro nas nigdy nie ma, bo siedzimy w knajpie. Chyba przyjdzie nam niedlugo wydac mega-giga jazzowa impreze pt „I zywy stad nie wyjdzie nikt”, zmieszac wszystko w wannie, rozlac w wiadra i bawta sie ludzie.

Do tego stopnia nie mam co robic w pracy, ze po raz setny czytam wlasne archiwum.
Chce siebie sprzed trzech lat. Natychmiast. Chce isc lac piwo w knajpie, miec w dupie co o mnie mowia, bac sie porodu (ale jazda!), podrywac Ufoka, smigac gazela, wloczyc sie po miescie z Bratem, lubic bardziej Jakubowska i klocic sie z Chlopem o pierdoly.
Szczegolnie wdupiemiejstwo chcialabym przywrocic, bo ostatnimi czasy dopadla mnie jakas paranoja na temat tego co inni sobie pomysla, wiec hamuje sie i ograniczam. Bez sensu.
Tesknie za ta wariatka sprzed paru lat.

Nao sei

3 komentarzy

Potrzebuje zeby ktos mi zrobil pare ladnych (!) zdjec, co nie jest rzecza latwa bo obiektyw i ja bardzo sie nie lubimy.
Najlepsze wlasne zdjecie jakie widzialam w ciagu ostatnich paru miesiecy przedstawialo zbity tlum knajpiany, a w nim wylacznie kawalek mojej nogi w szerokich, czarnych spodniach, zwienczonej napietym posladkiem i przylegajacej do uda Duzego Miska. Tak, znowu pisze mi sie notka o knajpie i dupie, wybaczcie.
Doprawdy nie wiem co zrobic z faktem ze sie starzeje i predzej czy pozniej bede miala te -dziesiat lat i chodzac w dalszym ciagu po knajpach jakoby dobrowolnie wepchne sie do szuflady z napisem „podstarzale szukajace mlodych do lozka”. Sama tak czesto mysle widzac hm…hm… panie w srednim wieku przytulajace sie na parkiecie do ciach (czekoladowych). Zycie jest okrutne.

Czasami naprawde wystarczy powiedziec „chodz”.

Tyle sie dzieje w weekendy, ze w poniedzialek rano piatek wydaje sie zamierzchla przeszloscia.

W miescie, na placu przy stacji, turniej siatkowki plazowej. Dopoki nie zaczyna padac krece sie miedzy czterema boiskami poddajac sie zludnemu klimatowi lata, a juz pare godzin pozniej powaznie rozwazam zalozenie rekawiczek i kozakow. Bardzo syberyjski ten tropikalny weekend.

Posiadanie prawa jazdy wydaje mi sie coraz bardziej realne, kto by pomyslal pare miesiecy temu, ze nie bede sie juz histerycznie rechotac na sama mysl o swoim tylku i reszcie za kierownica. Ha!

Kolega z sasiedniego boksu zapytal czy nie bedzie mi przeszkadzalo jak pusci muzyke. No jasne ze nie! – zakrzyknelam radosnie.
I puscil.
Od godziny siedze i slucham jakiejs elektronicznie kumkajacej zaby, z pierdzeniem w tle i wariacja na jednej strunie.
Zaraz wpadne w trans i przeniose sie do innego wymiaru. Aj suer.

Ooo… teraz jakies zwierze w agonii, a w tle tupia noginogi setki nog.

Spadam stad chyba, dom wariatow.

Mlody facet mojego zycia wczoraj po raz pierwszy wypial tylek do gory, przyjal pozycje „na czterech” i ruszyl przed siebie jakby nigdy nic. Do tej pory plywal z brzuchem przy ziemi ale za to w zawrotnym tempie, a wczoraj zaraczkowal jak stary.
W ogole cos mu chyba w glowce kliknelo przedostatniej nocy, bo nagle zachowywal sie jak maly chlopczyk, a nie jak niemowle, przyciskal odpowiednie guziczki w zabawkach, rozsmieszal nas z Chlopem i sam chichotal sie jak opetany. Kochany gowniarz.
Za tydzien pojade z nim nad polskie morze, rodzinka sie ucieszy.

Dla rownowagi w srodowa noc zahulalam jak dawno juz nie.
Dla takich nocy warto cierpiec dnia nastepnego. Wlasciciel zgrabnego noska niewiadomo kiedy i sam z wlasnej woli przywital sie ze mna po eskimosku ;))) myslalam ze padne, przeciez nie czyta blogusia ani nawet nie wie jakie to ja mam pobozne zyczenia.
Czasami wydaje mi sie ze tam, u gory, ktos sie ze mna zabawia i plata mi takie rozne psikusy (no dobra, mam nie rowno pod sufitem, i co?)
No bo jak tu wytlumaczyc logicznie, ze za kazdym razem kiedy przechodzac przez pokoj wleze na Oliwkowy dywanik-zabawke, zawsze nadeptuje na ukryty w nim piszczek, chociaz wcale nie patrze pod nogi?

Nie moge skupic sie na niczym innym, przez caly dzien rozdmuchuje banki roznych bzdur, az pekna i znikna. (Czasami lepiej wziac sprawy w swoje rece i get it out of the system). W pracy wykonuje zawodowe obowiazki, aczkolwiek w przerwach miedzy sprawdzaniem listy obecnych na msn i podczytywaniem blogow.
Wieczorami… zalezy.
W bezpiecznej odleglosci od jego uda ogladam Sweet November, w ktorym sliczna T. przekonuje ze nie warto zyc na serio. Ma ku temu powod, ale nie to mnie zajmuje, tylko nagla tesknota za zabawami z dziecinstwa. Teraz balabym sie grac w chowanego, zeby sie nie przewrocic albo potluc. Ale juz czuje pod skora ten dreszczyk, gdy nagle robi sie czarno i trzeba po omacku przesuwac sie po (niby) znanym terenie. Albo nieznanym – jeszcze wieksza frajda. Jak zwykle.
(Kiedys jeden narzeczony zawiazal mi szalem oczy i juz prawie bylo fajnie, tylko ktos do niego zadzwonil, wiec zostalam sama na oceanie poscieli, bo telefon podobno byl wazny – bardzo glupie uczucie, bo nie wiadomo czy przeczekac, czy zerwac szmate z oczu i isc na papierosa. Wot, dylematy).
Patrze katem oka na udo w moim sasiedztwie – takie tlusciutkie jak u mojego Oliwka, tylko wieksze. Nigdy bym nie pomyslala ze bedzie mnie kusil gruby – chociaz w tym wypadku wolalabym jakies bardziej pozytywne okreslenie. Juz go sobie poogladalam przez ubranie, z kazdej strony – jest zaprzeczeniem wszystkiego co (jak mi sie wydawalo!) podoba mi sie u facetow. No, oprocz twarzy. W zasadzie oprocz oczu i ust. No i tego gestu, gdy obejmuje mnie w tancu. Podtrzymuje mnie raczej, zeby bylo czuc ze tanczymy razem, chyba nie chce sie za bardzo przytulac, bo moglabym wyczuc faldki na brzuchu. Znowu unikam konkretnych okreslen: faldy.
W ogole nie powinnam o tym myslec.
(Pamietam jak ktoregos dnia cos mi mowi, cos co juz wiem, a co od tego wieczoru nie daje mi spokoju, zaczynam sobie przypominac kolejne sytuacje i skladac puzzle, boze, niektorzy goscie potrafia, cierpliwie czekajac, spedzic pol zycia w nieswiadomosci. W imie czego?)
Potem w tym filmie zaczynaja sie calowac, aiiiii….zamieram na sekunde. Juz sobie obejrzalam te usta z bliska, wiec moge sobie wyobrazic jak smakuja, miekkie, jasniejsze posrodku, blyszczace, po tym jak przygryzajac dolna warge przeciagnal po niej jezykiem.
O polnocy zrywam sie z sofy i cmokam obu chlopcow w policzki. Potem wybiegam na ulice i staram sie o wszystkim zapomniec, tamten swiat zostaje w tamtym mieszkaniu, na czterech metrach kwadratowych, do nastepnego razu. Moze. Zalezy.

Czego najbardziej nie lubie w ludziach?
Jezeli nie potrafia sie smiac. Slowo daje, sa ludzie ktorzy sie nie smieja, spotykam takich codziennie i troche sie ich boje.
I tyle w tym temacie, teraz natomiast bede biadolic o czyms zupelnie innym – otoz krajanie na obczyznie. Pytam – po raz kolejny – wznoszac oczy do niebios: czy nie mozna by tak przyslac do nas paru polskich super-cuksow, ciach, zabojczyc blondynow o umiesnionych barach i tajemniczych brunetow o cietym poczuciu humoru?
Jak tak dalej pojdzie to zmienie sobie narodowosc, bo normalnie szok jak musze znajomym tlumaczyc, ze ten podlysialy szczurek w gajerku to moj rodak oraz (zapewne) Bardzo Wazny biznesmen, ktory juz tylko o swoim Bardzo Waznym Zajeciu potrafi mowic nad talerzem z salatka.
Mam alergie na garnitury i wszelkie biznes stroje, garsonki i inne. Wiadomo ze czlowiek nie przyjdzie na spotkanie w dzinsach z dziura na tylku, ale poprzebierani w garnitury chlopcy, podduszeni brzydkimi krawatami, bueee…
No ale podobno nie szata zdobi czlowieka.
Wiec skoro to czlowiek zdobi, to niech ten czlowiek ma cos w sobie, jakas intryge, polot, bog wie co, a nie tylko wyuczone statystyki osiagniec firmy i nudne opowiesci o hotelach w panstwie X. Boze… Jaka jestem rozczarowana.
Niech mnie ktos pocieszy. Niech zabierze stad tych glusiow, dobrze?


  • RSS