werita blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2006

Boze, poznalam belgijska wersje Bree Van Der Kamp.
Na grillu u Chlopich znajomych.
Pierwszy szok przezylam zobaczywszy stol, jak zywo wyjety z amerykanskiego slubu – wazoniki, niebieskie hortensje, niebieskie talerze, girlandy z bluszczu.
Rozumiecie – GRILL party.
Potem juz poszlo.
Pani domu siedziala i nerwowo skubala spodniczke widzac, ze pije biale wino z kieliszka od szampana, a nawet zapytala czy nie zmienic mi, bo ten taki „niewygodny”.
Wszystko co brudne zostawalo natychmiast odniesione do kuchni, umyte i wytarte, w zwiazku z czym Bree nie za bardzo miala czas na siedzenie z goscmi.
W kulminacyjnym momencie przyszlo mi wybierac kawe, z pudelka z kapsulkami ulozonymi wedlug mocy (od najmocniejszej do bezkofeinowej) i wielkosci (niestety tylko dwie opcje duza/mala ;).
A na odchodnie Bree szla przede mna do samochodu szczegolowo objasniajac co spotka mnie gdy postawie kolejny krok (nioslam Oliwka): „uwazaj teraz jest schodek, teraz jeszcze jeden, i jeszcze jeden, teraz kamyczki”. Dodam ze droga byla oswietlona a ja nie mialam opaski na oczach.
No taki typ po prostu.
Bo poza tym to bardzo mila osoba, tylko ma taka jedna, malenka obsesyjke…

Wczorajszej nocy zakonczyla sie seria miejskich, piatkowych koncertow. Ostatni byl – jak zwykle – wieczor tropikalny, widzialam tylko jeden wystep nasladowcy Bob’a Marley’a, oraz wszystkich znajomych Miskow i krewnych krolika.
Stalismy na rynku wokol skrzynki z piwem – tak, teraz juz nie kupuje sie pojedynczych piwek w szklankach tylko bierze sie „metr” (czyli 10 piw) lub „bak” (czyli skrzynke).
Postalismy tak od 23.00 do 5.00 rano, z przerwa na pare tancow.
Mialam okazje przesledzic rozne stosowane techniki flirtu i wyhaczania, Boze, za stary niedzwiedz jestem na sztuczny miod.
Ale co sie usmialam, to moje.

Odtanczywszy dwa kawalki z zrzedu z szeroko usmiechnietym niewysokim dziekuje z zamiarem oddalenia sie.
- zatanczymy jeszcze jeden?
- nie dziekuje
- ale proooosze
- nie, naprawde dzieki
- no prooooosze

Uo Jezu. Nienawidze jeczacych facetow.
Precz.

I im pozniej, tym mniej wyrafinowania i tym szybciej rozmowa schodzi na temat co ci zrobie jak cie zlapie.
Tak, wiem ze to normalne i nie szokuje mnie to bynajmniej, tylko bawi.

Lubie gdy facet, ktoremu daje sie do zrozumienia ze nic z tego, potrafi czarujaco obrocic wszystko w zart i pogadac o czyms innym. Life goes on przeciez.
A nie obrazic sie na amen.

O piatej wymykam sie po angielsku i tylko prosze Sasiada o podwiezienie do domu, bo wysokie obcasy daja o sobie znac.

Sluchamy sobie niegrzecznych piosenek

(my lady never lets me down
thats why i never let her go…)

nawet nie musze sie wysilac na zabawianie go rozmowa.

Fajnie bylo. Kocham moich Miskow.

Podczas gdy uparcie chlodze zwloki pod prysznicem, dzwoni Vielebny z drugiego konca swiata.
Moj Aniol Stroz z diabelskim usmiechem, moj ognisty tancerz w sutannie, zawadiackie oczko puszczone przez Boga w strone gorliwych mlodych, religijnych dziewczat i ulubieniec rozmodlonych staruszek.
Wierny towarzysz ucieczek z lekcji i moj prywatny konfesjonal.

Tesknota ze az boli.

Nijntje

Brak komentarzy

Oli mamrocze przez sen „neeee-njeee” – najwidoczniej sni mu sie kroliczek z bajki Nijntje :)))
No bo co sie moze takiemu maluchowi snic?

Swoja droga pare lat temu ciarki mnie przechodzily na widok tej kreskowki i wszystkiego co mozliwe z krolikiem w tle – kubeczki, skarpetki, meble, puzzle…
Jak to czlowiekowi szybko sie zdanie zmienia, no :)

Nijntje,
klein lief konijntje…

W dalszym ciagu twierdze ze lepsze upaly niz deszcz, ale zaczyna dawac mi sie we znaki to lato przez wielkie L.
Co tu robic z Mlodym, pytam sie grzecznie.
Pol dnia czytamy ksiazki, ogladamy teletubisie, rowniez w wersji polskiej, w zaciemnionym mieszkaniu i kazdy ze swoim kublem wody w dloni.
Oli obsypany potowkami jak siedem nieszczesc (ma ktos jakis skuteczny sposob na potowki? Niepocenie sie nie wchodzi w gre ;).
Po poludniu wymykamy sie do parku, zeby rozruszac miesnie, albo na basen.
I tu konczy sie mi repertuar rozrywek dla dwulatka.

* * *

Brak komentarzy

No wiec czwartek przesiedzialam na basenie. Krytym – doskonale rozwiazanie przy obecnej pogodzie, woda akurat a nie trzeba sie filtrami smarowac, no i mniej ludzi bo wszycy siedza na plazach.
Very good.
Rozlozylismy sie z Sasiadem w trzydziestocentymentrowej glebokosci brodziku, przy zjezdzalni ktora opanowal moj Mlody, i bylo super.
Oli zupelnie przestal bac sie wody, zeslizgiwal sie, podtapial lekko, otrzasal i lecial dalej.

Do pelni szczescia brakowalo mi tylko jakiegos zmrozonego koktajlu w dloni.

Sasiad podpuszcza mnie ze bylaby z nas idealna para, bo dobrze sie rozumiemy i nigdy nie klocimy.
Tja, latwo jest byc razem gdy wszystko gra, ale wlasnie te trudne momenty sa prawdziwa proba dla zwiazku.
To mowie ja, prawie dziesiec lat razem z Chlopem – BOSZZZZZ.
Rozszarpalabym Go czasem, i to nie koniecznie w przenosni, ale zaciskam piesci i licze do dziesieciu. Dobre Chlopisko z tego mojego slubnego i ma naprawde duzo cierpliwosci do swojej wydry (slubnej).

Poza tym – wczoraj po raz pierwszy odwazylam sie pojachac sama autem do tesciow, bylo niezle, chociaz Wielka Krowa zbuntowala sie pare razy i zgasla byla na sekunde.

Ale wiecie, jeszcze tylko musze sobie nagrac odpowiednia cd do auta i moge hulac po kraju. HA HA

Pamietam historie slynnej cioci Eli, ktora, bedac w Belgii po raz pierwszy, nie chciala narazac swojego bratanka na koszty, wiec zawsze zamawiala herbate (a nie piwo, ktore uwielbia), bo herbata tansza.
Byc moze, ale nie w Belgii.
Tu piwo kosztuje tyle co woda, o.
Mialam wczoraj okazje poznac slynna ciocie Ele (wszyscy tak o niej mowia, chociaz ciocia jest tylko dla Szefuncia), prawdziwa dame o lagodnym usmiechu i cieplym glosie.

Szefu uwazyl paelle dla dziesieciu osob, bylo milo.

Tylko teraz toche jakby umieram, bosz, ten wredny karzel kacyk dopadl mnie nad ranem, a przy trzydziestu paru stopniach za oknem (i w domu pewnie tez) meczy sie czlowiek jakby podwojnie.
Nie wiem, chyba pojde posiedziec w samochodzie.
Nie wiem, chyba wezme prysznic.
Nie wiem, moze to moje ostatnie popoludnie.

A wczoraj siedzielismy z sasiadem pol dnia w chlodnym basenie, jak dwa hipopotamy z wystawionymi nad powierzchnie glowami.
Ale o tym pozniej.

ce soir

5 komentarzy

Jakby mi bylo za malo patelni za oknem (cicho byc, patelnia jest fajna), ustawiam sie przy garach.
Bede dzis goscic, podawac do stolu i lac wino.
Na poczatek tajska salatka z wolowina, pikantna jak moje piatkowe wieczory.
Potem odlotowe skrzydla kurze, opalone i apetyczne jak…(tu prosze sobie wstawic dowolnie wybrane imie ;)
Po jakims czasie watrobki drobiowe z cebulka, miesiste i delikatne niczym usta… (Mariana? Cyraneczki spiew?)
Dla tych co nie gustuja w podrobach – krewetki podduszone w diabelskim sosie pomidorowym. No jasne ze z kolendra.

Najbardziej cieszy mnie ta watrobka, bo ja lubie takie przasne, swojskie jedzonko – zoladki kurze, serducha w sosie, kaszana na desce.

Boze, mam taki wdzieczny obiekt do obfotografowania, a za grosza talentu w tych sprawach.
Tak troche zmieniajac temat.

* * *

Brak komentarzy

Obudzilam sie z przeczuciem, ze dzis bedzie dobry dzien.
Mimo tego, ze zadnego maila w skrzynce, tona naczyn do umycia i gora prania.
Nic to.
I przydaloby sie odkurzyc.
Moze pozniej.

Mlody rozklada mnie na lopatki zegnajac sie prze snem ze wszystkim, co napotka po drodze
„dag, mami”
„dag, auto”
„dag picie”
To nic, ze po flamandzku.

Potrafi mi za to urzadzic taka scene histerii, jezeli czegos chce a nie dostaje (ciastko, bajka), ze ludzie na ulicy sie odwracaja . Wije sie w wozku jak opetany, piszczy, a ja nie zwracam na to uwagi, bo wychodze z zalozenia ze jezeli Oli sie zorientuje, ze ta metoda dziala, bede miala przerabane.
(Sama bym sie rzucala na podloge i tupala, gdybym byla pewna ze dostane w ten sposob np. samochod, oj darlabym sie jak ta lala).
Czekam cierpliwie, az ktos z przechodniow zwroci mi uwage, bo niewatpliwie zaklocam porzadek.

Niby 11km rowerem to nie jest jakis straszny dystans, ale przy tej pogodzie oraz w dwie strony, czyli 11 razy dwa, to juz niezle wyzwanie.

Wybralismy sie wczoraj nad jezioro.

Mlody byl zachwycony, szalal w wodzie i nareszcie (!!) odwazyl sie samodzielnie przejsc po piachu. Bo do tej pory patrzyl sie tylko z obrzydzeniem z tratwy swojego recznika i pokazywal paluszkiem „baaaa” (czyli ze ohyda).

Kolo mnie rozlozyla swoj recznik jedna z niewielu osob, z ktorymi sie „poklocilam” sto lat temu i do dzis nie gadamy. Niezla miala mine jak sie zorientowala, kto lezy obok niej :) No ale, pies ja drapal.
Nasze dzieci za to super sie dogadywaly.

Kocham lato za przegrillowane wieczory, wino pite w ogrodzie i opalone ramiona.


  • RSS