Nie pamietam, juz kiedy ostatni raz wracalam do domu po hulankach nawet nie bladym switem, ale w pelnym sloncu niedzielnego poranka. Och… coz to byla za noc….
Najpierw przyszly na ploty moje krolewny, przegadalsymy pol wieczoru, zjadlysmy co tam gospodnyni podala i  wypilysmy niewielka ilosc bialego winka, a potem dojechala Kochasiowa siostra i nagle okazalo sie, ze ide w miasto, chociaz zupelnie nie mialam tego w planach.
W salsowni spotkalysmy pare dawno nie widzianych osob, jeden pan podobno zakochal sie od pierwszego wejrzenia.
Mhmm… juz ja znam te przyplywy milosci po paru glebszych. Zazwyczaj prowadza w jedym kierunku – prosto do lozka delikwenta, trafionego milosna strzala. Podziekowalam grzecznie i ruszylam w tan. A dziesiec lat temu, i gdybym byla singielka, pewnie skusilabym sie na blizsze poznanie, bo mam swoja teorie na temat tego, jak kto tanczy i jaki jest w lozkowych sprawach (z paroma wyjatkami, potwieradzajacymi regule).
Kochas przywital sie juz z belgijska ziemia i nie moge sie doczekac wieczoru, bo jestem bardzo niedoglaskana i czas najwyzszy cos z tym zrobic.