Mialam dzis wyjatkowo ciezki poranek:  nie moglam zjesc sniadania, ze wzgledu na zaplanowane o 9:30 badanie okresowe. A ja bez sniadania nie ruszam.  Nie wlejesz – nie jedziesz.
Na szczescie juz po wszystkim. Wzrok wciaz sokoli, cisnienie prawidlowe ostukane mlotkiem kolana wprowadzaja lydki w ruch wahadlowy, pluca maja odpowiednia pojemnosc, waga nie zaskrzypiala, dziury w plucach nie stwierdzono,
Hurra!
Zawalu serca tez mam nadzieje nie dostac w najblizszym czasie, bo goscie-balaganiarze juz sobie pojechali, wiec sie nie stresuje.
Zostawili mi niezly bajzel, w zwiazku z czym wczoraj krazylam po chalupie jak tornado, klnac pod nosem i rzucajac pudlami. Kochas mial sporo szczescia, ze wrocil do domu po dziewietnastej i bez szemrania wyniosl cztery torby smieci. Upieklo mu sie.
Dzis obiecalam Oliwkowi seans drugiej czesci Henka Portiera, niech ma.