W sobotni poranek wcisnelam na tylek brazowe, lniane spodnie (swiezo wyciagniete pare dni wczesniej z pudla z letnimi ciuchami, wyprane i wyprasowane) i polecialam z Oliwkiem na przedstawienie jego grupy.
Ucieszylam sie bardzo, ze spodnie w dalszym ciagu leza jak ulal :)
Po powrocie zgarnelismy Kochasia i juz prawie ze wychodzilimy z domu, kiedy moj luby stwierdzil, ze „o, mam takie same spodnie jak on”.
- podobne… - przytaknelam i ruszylam w strone windy.
- zaloze sie o wszystko, ze masz na sobie moje spodnie! – nie poddawal sie, po obejrzeniu mojej dolnej polowy z bliska.
- chyba OSZALALES. Udowodnie ci! – pomaszerowalam do szafy, i jak wielkie bylo moje zdziwienie, gdy okazalo sie, ze moje galoty wisza na wieszaku.
Przechodzilam pol dnia w spodniach chlopa.
Jak w swoich.
Kurtyna.