werita blog

Twój nowy blog

* * *

8 komentarzy

Jestem w dziwnym wieku, na rozdrozu, jedna noga jeszcze w trzydziesci z hakiem, a druga juz  przed czterdziestka. Nie dociera to do mnie zupelnie. Nie wierze nawet wtedy, gdy wlasnorecznie wklepuje w klawiature slowo „czterdziestka”.  
Podobno tyle mamy lat, na ile sie czujemy. Ja sie czuje na trzydziesci trzy. Na tyle dorosle, zeby  byc odpowiedzialna za wlasne dziecko i podejmowac „powazne” decyzje, ale w dalszym ciagu wystarczajaco mlodo, zeby  pozwalac sobie na wyglupy i raz po raz zarywac noc. Czuje sie mlodsza od wiekszosci  rowiesniczek, oraz stara, gdy w miescie otaczaja mnie sami studenci.
Odwiedzilam wczoraj moja dawna towarzyszke salsowych wypadow. Nie wiele sie zmienila z wygladu, przybylo jej pare siwych wlosow i dwa szkraby, obydwa do zjedzenia.
Przyznala mi sie, ze marzy jej sie bycie pania domu (zeby nie napisac „kura domowa”). Ze nie wie, kiedy znowu zlecial kolejny rok, jak to, juz czerwiec?
W korkach, na spotkaniach, w sklepie spozywczym, w biegu do przedszkola, zeby zdazyc przed osiemnasta, gubi sie czlowiek i nie ma czasu rozejrzec sie wokol, bo zebranie, bo prasowanie, bo podwyzszona temperatura.
Jestesmy nauczone wyrabiac sie ze wszystkim, organizowac czas (slowo daje, w drodze do kuchni zastanawiam sie czy najpierw obrac ziemniaki, czy wstawic pranie. Ktora kolejnosc przyniesie wiecej korzysci i zaoszczedzi mi 15 minut :) Ta mlodsza we mnie buntuje sie od czasu do czasu przeciw rutynie i nie gotuje obiadu. Ta starsza czuje sie spokojniej i pewnie majac zaplanowane menu i odkurzona podloge.
Pociesza mnie mysl, ze nie jestem sama w tym obledzie, mam na to swiadkow.

* * *

Brak komentarzy

No dobra, slomiane wdowienstwo juz mi sie opatrzylo, niech Kochas wraca i przytuli, a niech nawet mnie czyms wkurzy, co tam.
Pozwolilam sobie wczoraj na straszliwa ekstrawagancje: ogladalam film do pozna w nocy (–> 23:30) i wypilam cale 3 lampki wina, w zwiazku z czym siedze za biureczkiem polprzytomna i wale sie w piers, przysiegajac na wszystko, ze dzisiaj najpozniej o 21:00 wskocze do wyrka.
Oliwek – cwaniak zalapal sie na dodatkowe 30 minut na sofce (chociaz powinien spac), bo nawolywal lamentliwym glosikiem ze swojej sypialni:
- Mamaaaaa…. Czuje sie tu taaaaaki samoooootny…
Mam miekkie serduszko. Rozumiecie.
Moj byly znowu podniosl mi cisnienie upominajac sie o 4 eur, rozczula mnie, doprawdy.

* * *

2 komentarzy

Mam poczucie dobrze spelnionego obowiazku dopiero wtedy, gdy dziecie wsunie pomidorowa domowej roboty, a w mieszkaniu zapachnie rozwieszonym wlasnie praniem. Wtedy osiagam zen.
Aczkolwiek od paru dni zen ow zakloca mi zapach wedzonej jalowcowej, albo ogniska, sama nie wiem, poniewaz jedna wielka maska, ktora przywiozlam z Czarnego Ladu, tak zionie, ze chodzimy z Oliwkiem na nieustajacym haju.
Wyobrazcie sobie ksiedza, przechadzajacego sie po waszym mieszkaniu z rozbujana kadzielnica, dwadziescia cztery godziny na dobe. Dymiacego wonnymi ziolami pod prysznicem, kolo lozka i nad talerzem wyzej wspomnianej pomidorowej.
Oszalec mozna.
Maska tymczasowo poszla straszyc na balkon i jak sie nie uspokoi, to zostanie tam na dobre, I swear.

A to mi chodzi po glowie. Non stop.
Do me do me do me…

* * *

5 komentarzy

Burundi:

* * *

Brak komentarzy

Afryka przywitala mnie goraco, parno i ciemno. Mama Kochasia czekala na plycie lotniska (po znajomosci) i przeprowadzila mnie przez wszystkie kontrole sobie tylko znanym sposobem, sciskajac raz po raz dlon funkcjonariusza w mundurze. Znajomosci sa podstawa. Trzeba wiedziec do kogo warto sie usmiechac i z kim wypic kawe, w przeciwnym wypadku na kazdym kroku trzeba ustawiac sie w kolejce, wypelniac formularze i placic.
W domu tzw „boy”, czyli pomoc domowa, podal obiad, zaniosl walizke do sypialni i przyniosl kieliszek.
Wszyscy w miare dobrze ustawieni maja sluzbe.
Przez caly tydzien w Ugandzie (i drugi w Burundi) nie kiwnelam palcem, nie umylam talerza, nie machelam ani razu zelazkiem. Powiem Wam, ze czlowiek bardzo szybko przyzwyczaja sie do takiego sposobu zycia i nie zatesknilam ani przez chwile za zmywaniem garow. 
Afryki sa dwie: ta biedna, obdarta, biegajaca bez butow, wyciagajaca reke po jalmluzne, oraz ta przemieszczajaca sie klimatyzowanymi jeepami i saczaca szampany w stylowych restauracjach.
Bialej kobiecie nie uda sie „wmieszac” w tlum, na ulicy na kazdym kroku slyszalam ”e, muzungu!” i co chwile usilowano mi cos sprzedac albo wydusic ze mnie pare groszy. Jestem odporna (na szczescie) na takie zaczepki i mialam przy boku Kochasia. Powiem Wam, ze za stara jestem i za wygodna na to, zeby kiedykolwiek wybrac sie w podobne okolicznosci przyrody w pojedynke i z plecakiem. 
(Sto lat temu owszem, przejechalam w ten sposob Wietnam i bardzo mile wspominam tamte wakacje, ale to bylo kiedys).
Rodzina Kochasia postarala sie, zeby jak najwiecej zobaczyla. Po sniadaniu wskakiwalismy do samochodu i wracalismy do domu poznym wieczorem. 
Krajobrazy zapieraja dech w piersiach. Wszystko, co zagniezdzi sie w ziemi, rosnie, pnie sie, kwitnie i owocuje. Na potege. Drzewa uginaja sie od awokado (wielkosci baklazanow), mango, mandarynek i cytryn. 
Wszedzie panoszy sie maniok i plantany.
Z lisci manioku robi sie sombe, ktore troche przypomina duszony szpinak, a z korzenia semoule, z ktorej z kolei przyrzadza sie taka „kluche”, serwowana zamiast ziemniakow.
Plantany serwowane sa na sto roznych sposobow: smazone jak frytki, duszone z warzywami itd. 
W Ugandzie na stolach kroluje ryba lowiona w jeziorze Wiktorii – tilapia.

cdn.

* * *

3 komentarzy

Uganda.

(Narazie wrzucam zdjecia, bo do sklecenia notki brakuje mi jakies 15 godzin snu :)

Co chwile jakies dziwadlo:
 

Wszedzie mnostwo dzieciakow, wiekszosc w szkolnych uniformach:

Widok z sypialni (jezioro Wiktorii):

Jezusmaryja. Czasami lepiej nie patrzec w niebo:

Love:

Kontrasty:

U zrodla Nilu (a w Burundi twierdza ze zrodlo jest w Burundi :):

Jezioro Wiktorii:

Nil:

* * *

6 komentarzy

Kochas juz tam, ja jeszcze tu. Wieczorem wrzuce fatalaszki do walizki i bede gotowa. Ahoj przygodo!
Wzielam pierwszy malarone i czekam na efekty uboczne, bo obiecuja niezla jazde. Sraczka, depresja, zawroty glowy, wysypka na skorze, koszmary senne.
Najbardziej boje sie tego pierwszego, miedzy nami mowiac.

Na lotnisku spotkalimy wczoraj grupe ortodoksyjnych Zydow, z pejsami, kapeluszami and all that jazz.
Mama, patrz, czarodzieje z Harry Potter’a.

: )

No. To badzcie grzeczni. Jade sie zmierzyc z ta rozpustnica – Afryka.
Az mnie ciarki przechodza, taka mam na nia chec.

* * *

4 komentarzy

W ramach rozweselania dziecka (i siebie), dalam mu dzis do szkoly banana, z namalowana buzia i napisem „zjedz mnie”. Mam nadzieje, ze sie usmiechnal od ucha do ucha. Synuch, nie banan.
Mam wyjatkowo podly humor, chociaz udaje przed swiatem, ze wszystko mi wisi i powiewa. A powinnam przeciez pakowac zwiewne fatalaszki i nucic pod nosem.
Marze o tym, zeby wrocic do domu i wejsc do wanny.  
Najbardziej nie lubie zacisnietych w kreske ust i poczucia winy za niezdrowa atmosfere. Z drugiej strony moj butny charakterek nie pozwala mi na przytakiwanie dla swietego spokoju . Odwieczny dylemat wybierania mniejszego zla.
Nie wkurza was czasem bycie doroslym?

* * *

1 komentarz

FOTOSTORY pt: lato

Dawno nie padalo…

…w naszym ulubionym parku:

… gdzie sie rzadza kaczuchy:

… i gdzie grzejemy paluchy:

… i spotykamy dziwaki:

…albo podziwiamy krzaki:

* * *

Brak komentarzy

W drodze do domu Oliwek opowiadal mi o swojej nowej milosci – ma na imie Luka i jest bardzo ladna, mama. Juz dwa razy sie z nia calowalem w usta. Z jezykiem (??!!). Lekko zdziwiona staralam sie nie wybuchnac smiechem i zapytalam co stalo sie z jego poprzednia „dziewczyna” – Anna-Catharina? – Rozstalismy sie. (Chyba padne!)
Opowiedzial mi kto z jego klasy jest zakochany, a kto nie, oraz ze Joren calowal sie bardzo dlugo z Helene, (ale nie w usta!).
Zanim sie obejrze bedziemy przerabiac antykoncepcje.
Koncert zorganizowany w tym roku przez jego szkole byl rewelacyjny. Musical z prawdziwa orkiestra, chorem i setka poprzebieranych dzieciakow. Byla kosmiczna piosenka  z chmura  mydlanych baniek, byl chinski teatr cieni i czereda ludzi pierwotnych porozumiewajacych sie jezykiem „U”:
( muwiu, zu musiuciu usc w pruwu i skruncic zu drugum drzuwum w luwu).
Po przedstawieniu tradycyjny festyn na szkolnym placu zabaw – nalesniki, paczki, hot dogi, a dla doroslych wino i piwo, za symboliczna zlotowke.
Tata Oliwka stal w tym roku za barem, ale nie chcial nam dac niczego po znajomosci ;)
Nie mam zbyt wielu przyjaciol wsrod rodzicow dzieci z klasy mlodego, pewnie dlatego, ze nie angazuje sie zbytnio w rozne szkolne akcje. Natomiast zawsze zamienie pare slow z mama dwoch Oliwkowych kumpli, ktore wydaja sie nie miec wiekszego problemu z faktem, ze nie jestem Ichnia (chociaz teoretycznie juz jestem). Bo jednak w dalszym ciagu spotykam sie z dziwnymi spojrzeniami, gdy gadamy z Oliwkiem po polsku.
Pies to ganial.
Reasumujac: wyjatkowo fajna szkolna impreza.

Potem Kochas doprowadzil mnie do wrzenia, bo sypal jak z rekawa ironicznymi przytykami, siedzac obok mnie – kierowcy.
Od zawsze mowie, ze jazda samochodem nie jest moja najmocniejsza strona (ale za to pieknie tancze ;) I chetnie przyjmuje wskazowki, ale nie – kuerwa – zlosliwe przytyki do blondynki za kolkiem.
Dalam sie udobruchac (czarnemu dziadu) masazem (glupia nie jestem).
Dwa robocze dni i zaczynam pakowac walizki. Hurra!


  • RSS