Za pare godzin wioze mlodego do mamy i juz sie nie moge doczekac, kiedy bedziemy na miejscu. Chociaz dzisiaj dotarlo do mnie, ze ferie u dziadkow oznaczaja prawie trzy tygodnie nieobecnosci Oliwka w moim domu, a to bardzo dlugo. No nic. Tradycyjnie damy rade. Wczoraj spotkalismy sie na chwile. Dziecko powisialo mi na szyi, jak malpka, wysciskalam go na zapas i tyle mnie widzial. Powiem Wam, ze takie macierzynstwo na pol gwizdka to kombinacja duzej swobody (czasu wylacznie dla siebie) i mega hiper frustracji za kazdym razem, gdy ukladam rzeczy w jego pustym pokoju. Ale nikt nie obiecywal ze bedzie latwo, prawda?

Nie wiem czy AD2010 to zly rok, czy sredni, ale mam wrazenie, ze duzo sie dzieje. I ze to, co sie wydarzylo w tym roku, bedzie mialo duzy wplyw na moje dalsze zycie.

(Niesprawiedliwie jednak byloby pominac wszystkie dobrodziejstwa: narodziny siostrzenca, podroze, dumnego pierwszoklasiste, samochod, wakacje z przyjaciolka, stabilizacje w serduchu i duzo planow na przyszlosc. – eeee…moze to jednak dobry rok, tak naprawde? :)


* * *


Lubie takie dni, jak wczorajszy. W zasadzie nie wydarzylo sie nic nadzwyczajnego, po prostu bylo mi dobrze i blogo. Jednego dnia czuje sie jakbym krazyla we mgle, a nastepnego wszystkie elementy ukladanki zaczynaja do siebie pasowac i jest to najbardziej oczywista rzecz na swiecie.

Kocham to uczucie, taki wewnetrzny spokoj.